100 burpees…czyli najlepszy lek na koniec ciężkiego dnia

Każdy z nas może mieć ciężki dzień…albo nawet dwa ciężkie dni z rzędu… Ale czy powinno się wtedy chować przed Światem? Oczywiście, że NIE!!!

Dzisiaj pozwolę sobie opisać swoje dwa ciężkie dni… zacznijmy od tego, że człowiek myślał… tak, tak nie bójmy się tego stwierdzenia… myślał, że po Świętach wróci pełni sił do codziennych obowiązków. Jakimś jednak dziwnym trafem stało się inaczej. Może to przez pogodę, może przez nawał i tempo pracy, a może po prostu przez męczące, wredne zapalenie spojówek… choć w moim przypadku bardziej „spojówki”. Prawdopodobnie wszystkie te czynniki sprawiły, że wczorajszy dzień był po prostu ciężki… napięta atmosfera w pracy, ogólne zniechęcenie i kiepskie samopoczucie. Dzisiaj oczywiście było już lepiej. Bo i krople pomogły zniwelować dyskomfort spowodowany zapaleniem, a w pracy wspólne żarty po prostu oczyściły atmosferę. Tak to jest jak się pracuje z rewelacyjnymi ludźmi. Hmmm o pracy będzie może kolejny wpis…

Ale wracając do tytułu dzisiejszego posta… Dzisiaj, jak co środę udałem się na trening i po spokojnej rozgrzewce, Artur (trener) stwierdził, że jestem gotowy na mały „challenge” jakim jest wykonanie 100 burpees na czas… Moja pierwsza myśl? NIGDY W ŻYCIU!! No, ale już przyzwyczaiłem się do nieugiętości Artura, więc klamka zapadła. Czym jest burpees? Jest to ćwiczenie, które łączy w sobie zalety treningu siłowego oraz aerobowego. Na jedną sekwencję burpee składają się cztery ćwiczenia wykonywane bez przerwy, jedno po drugim i są to: przysiad, deska, pompka i wyskok. Dodam, że burpees są elementem testów wydajnościowych w armii USA 🙂 … Tak więc wyzwanie podjąłem i przyznam że przy 50 – 60 już miałem dość i nie pamiętałem jak się nazywam… ale dzięki motywacji trenera udało się wykonać 100 burpees w czasie 9 min i 17 sekund…

12935346_10209246112213562_981681357_n
fot.by Artur Aleksiewicz w Pro-Trening Artur Aleksiewicz

Finalnie, mogę stwierdzić, że wysiłek fizyczny jest najlepszy na odreagowanie… praktycznie wszystkiego. Nie ma co się zamykać w czterech ścianach i użalać się nad sobą. Trzeba coś ze sobą zrobić. Wyjść na basen, na siłownie, do parku pobiegać, na spacer… oczyścić myśli lub po prostu  zrobić coś co pozwoli nam się oderwać od codziennych problemów.

Następny wpis obiecuje nie będzie o treningu 😉

Tymczasem!

Be FIT…czyli powrót do formy po Świętach

Święta, Święta i po Świętach… wszyscy zapewne napchani pod korek świątecznymi przysmakami… ale sami przyznacie, że czas powoli wrócić do normalnego trybu funkcjonowania.

10983238_1008955919172967_7975138079029938032_n
fot. by Artur Aleksiewicz w Pro Trening Artur Aleksiewicz

Nie wiem jak Wy, ale mi już brakuje regularnych ćwiczeń. Jakby nie patrzeć, ale dwa treningi musiały zostać przesunięte… Jednak nie ma tego złego… na szczęście w rodzinnym domu jest zamontowany drążek, a rodzice posiadają piłkę gimnastyczną. Tak więc w pierwszy dzień świąt były 3 serie po 10 podciągnięć podchwytem, 3 serie pompek i 50 sztuk brzuszków na piłce… No ale oczywiście przed tym wszystkim była góra jedzenia… i tutaj jestem z siebie mega dumny, bo jadłem całą masę jajek i ani razu nie dodałem do nich majonezu… w ogóle odkąd zacząłem treningi, majonez przestał gościć w mojej lodówce. Polecam za to jajka ze standardowym chrzanem, ale zwróćcie uwagę, żeby było w produkcie, który kupujecie w sklepach było więcej chrzanu niż innych sztucznych substancji. Eksperci twierdzą, że można zjeść tyle jajek na ile pozwoli nam organizm, bo jak się okazuje teorie o wzroście cholesterolu poprzez jedzenie jajek, można włożyć między bajki. No ale jak wiemy jajka na świątecznym stole to nie wszystko… są jeszcze śledzie – mogę zjeść ich tonę…. no i rzecz jasna babki, serniki i innej maści ciacha. Celowo pominąłem swojskiej roboty szynki, schaby i tym podobne tematy bo przecież ja ich nie jem 😉

Continue reading „Be FIT…czyli powrót do formy po Świętach”

Ichtiwegetarianizm… czyli bezmięsne Święta

Jak widać na załączonym obrazku, wiosna zawitała na dobre. Ale w sumie nie o tym miał być ten post. Dzisiaj opowiem Wam krótko o Świętach osoby, która nie je mięsa.

image

Zacznijmy od początku. Każde Święta, również te wielkanocne spędzam w rodzinnym mieście, Głogowie, oddalonym od Wrocławia około 100 km. Zawsze futrowałem tony jedzenia, od białej kiełbasy, przez karkówkę, po wędzone szynki przygotowane przez mojego tatę. Tak się stało, że ponad 1,5 roku temu postanowiłem przestać jeść mięso… zapytacie pewnie dlaczego… czy coś się stało, czy to jakieś kwestie ideologiczne?? W sumie nic się nie wydarzyło, w pewnym momencie po prostu postanowiłem nie jeść mięsa. Tak dla jasności, nie jestem wegetarianinem… jestem ichtiwegetarianinem, czyli może i nie jem mięsa takiego jak wieprzowina, wołowina czy drób, ale jem ryby. Początkowy plan była taki, aby całkowicie pozbyć się z diety mięsa, jednak chcąc zapewnić sobie jakieś efekty chociażby treningu siłowego postanowiłem pozostać przy rybach. Podejrzewam, że gdyby nie to musiałbym szukać jakiejś suplementacji.

Continue reading „Ichtiwegetarianizm… czyli bezmięsne Święta”

Pan Kot… czyli koniec z wysypianiem się

Czas na obiecany wpis na temat kota. Poznajcie zatem głównego bohater, którym jest kot o imieniu… Kot.

_DSC8547

Kot jest we Wrocławiu od lipca 2015 roku, pochodzi jednak z Długołęki. Pamiętam jak dziś jaki był przerażony gdy zjawił się na mieszkaniu. Pamiętam też moje przerażenie na samą myśl na temat tego jak nauczyć kota korzystać z kuwety. Okazało się jednak, że wystarczyło mu pokazać kuwetę i już… tak po prostu. Pan Kot ma oczywiście swój charakterek. To wszystko co mówią o kotach to jednak prawda. To one rządzą życiem swoich właścicieli… co ja mówię… właścicieli…pfff… Założę się że w kocich oczach to my ludzie jesteśmy takimi maluczkimi człowiekami na ich usługach.

Początki kota były przezabawne, był milusiński i grzeczny… Te czasy jednak szybko minęły. Kot dalej uwielbia się miziać i pcha się głową pod moją brodę, ale robi to oczywiści tylko i wyłącznie wtedy kiedy to on ma na to ochotę i w żadnym innym wypadku. Innymi słowy, najlepszą godziną na mizianie i mruczenie jest oczywiście godzina 5:30 !!! Oczywiście w pierwszym odruchu chciałoby się go wziąć za ogon i wyrzucić w przestrzeń kosmiczną, ale tak jakoś po pięciu sekundach uklepywania łapkami mojej klatki piersiowej i pchania łebka pod moją szyję… sprawia, że zaczyna człowiek to tolerować. Jednak taka pobudka to jest najlepsze co w przypadku może się zdarzyć, uwierzcie mi. Są dni, kiedy kot o 5 rano ma po prostu ochotę poszaleć, co objawia się bieganiem gdzie się da, drapaniem czego się da i skakaniem po czym się da…. w tym również po mnie. Wtedy zazwyczaj jestem zmuszony podjąć radykalne kroki polegające na zamknięcie go w łazience.

Kolejną trudnością związaną z posiadaniem kota jest to, że trzeba być zawsze czujnym. Dlaczego? bo ulubiona zabawa kota to atakowanie łydek… i tu nawet próby oduczenia go poprzez traktowanie go podczas ataku spryskiwaczem… nie pomaga. A i zapomnijcie o kupowaniu ziół w doniczkach czy chociażby żonkili… Kot skutecznie podgryza je sobie jak nikt nie patrzy…

Teraz kilka porad dla posiadaczy kotów:

  1. Zawsze bądźcie czujni… nigdy nie wiadomo kiedy kot zaatakuje
  2. Nigdy nie dawajcie kotu jeść zaraz po przebudzeniu się rano… jak się raz nauczy tak nigdy nie da Wam się wyspać
  3. Starajcie się nie dokarmiać kota pomiędzy posiłkami, takimi rarytasami jak np. łosoś… tutaj sytuacja jak w punkcie 2. czyli raz nauczone nie dadzą Wam żyć jak przygotowujecie sobie swoje posiłki
  4. Kot powinien mieć w domu swoje miejsce, ale takie miejsce gdzie tylko on może sobie siedzieć… w przypadku pana Kota upodobał sobie szafki wiszące w kuchni… 🙂
  5. Uwaga! Koty uwielbiają rozwijać papier toaletowy… zwłaszcza taki, który można rozwinąć bo np. dynda… 🙂

No dobrze, jak na jeden wpis to może wystarczy. Kota będzie zapewne bohaterem jeszcze nie jednego posta.

Tymczasem!

One-eyed man… czyli życie z przymrużeniem oka

Na początek informacja dla spostrzegawczych… zmieniła się skórka bloga. Czy jest lepiej Hmmm mam nadzieję, że pomożecie mi to ocenić.

received_1173496959342152 (1)

Dzisiaj miało już nie być posta, ponieważ poprzedni pojawił się rano, ale przecież każda wymówka jest dobra, żeby nie pisać pracy magisterskiej.  Z racji tego, że wpis ten nie był planowany, będzie na totalnym luzie i nie spodziewajcie się w nim żadnych górnolotnych myśli. Dodatkowo pozwolę sobie umieścić zdjęcie które troszkę zobrazuje mój dzisiejszy wieczorny humor… w tle Kamila i jej pojemnik na …yyy… chyba orzeszki.

Continue reading „One-eyed man… czyli życie z przymrużeniem oka”

Na początku był hamburger… czyli bez pracy nie ma kołaczy

Dzisiaj podejmę się tematu pracy zawodowej. Skąd taki pomysł? hmmm uznałem, że na tekst o kocie imieniem Kot jeszcze przyjdzie czas.

Każdy z nas musiał w którymś momencie swojego życia, podjąć decyzję w kontekście pójścia do pierwszej pracy. U niektórych był to świadomy wybór, innych zapewne zmusiła do tego sytuacja życiowa. W moim przypadku była to raczej świadoma decyzja, którą podjąłem na 3 roku studiów. Klamka zapadła i trzeba było coś znaleźć… raczej nie liczyłem że znajdę coś co pasowało będzie do studiów. A właśnie studia, wtedy była to Ochrona Środowiska. Ale wracając do tematu… Zacząłem szukać pracy, ale najgorsze było to co ja w ogóle mógłbym robić. I tak padło na gastronomię i jeden z najbardziej popularnych fast foodów na świecie… Tak, tak „a może frytki do tego?” czyli McDonald’s. Jest wiele różnych opinii zarówno o samej sieci, jak i o firmie McDonald’s jako pracodawcy. Od siebie mogę dodać w sumie tylko jedno…jeżeli miałbym jeszcze raz zaczynać pracę po raz pierwszy, znowu wybrałbym tą drogę. Prawdziwa szkoła życia, źródło do dzisiaj podtrzymanych znajomości, rewelacyjni ludzie. Nie ma co się oszukiwać praca w McD to ciężka praca, ale uczy pokory i docelowo daje satysfakcję. Miałem okazję przejść ścieżkę od pracownika sali, kuchni, na kasie, poprzez stanowisko instruktora, kończąc na stanowisku menadżerskim. Do dzisiaj głowa jest pełna wspomnień śmiesznych sytuacji takich jak zabawne zachowania Klientów, przerwy spędzone na wiacie, czy nocki  na których restauracja wcale nie zwalniała. Po „Macu” przyszedł czas na pierwszą instytucję finansową. Los chciał, że trafiło na Contact Center Credit Agricole. Kolejny pracodawca, kolejna szkoła życia… uwierzcie lub nie, ale liczba odebranych telefonów była czasami naprawdę imponująca… znowu niezapomniani ludzie i niezapomniane zmiany, w tym również nocki – kiedyś może Wam opowiem co tam się wyprawiało.

10391661_102835283074997_6856848_n

fot.by Agnieszka Łacina (dawno dawno temu)

CA nauczyło mnie wszystkiego co wiem o obsłudze Klienta i produktach finansowych. Co więcej do dzisiaj uważam że ludzie pracujący w tym konkretnym CC są jednym z najlepszych team-ów CC w tym kraju. Do dziś nie mogę pojąć jakim cudem osoby dzwoniące myślały że rozmawiają z kobietą, co często skutkowało tekstami… „kochaniutka zrobimy przelew” albo „powiedz mi jeszcze córuniu…” dacie wiarę…? Nie wspominając już o sztandarowym „Proszę podać PESEL…” na co Klient „Mój?” ech.

Po Contact Center, była bankowość elektroniczna i zarządzanie produktem… Kolejny fantastyczni ludzie. Każda jednak przygoda kiedyś się kończy… co jest tego powodem hmmm może po prostu chęć zmiany, może potrzeba kolejnych wyzwań… tak chyba najbardziej to drugie. Tym sposobem znalazłem się w jednej z największych wrocławskich firm jaką jest KRD jako Menedżer Inicjatyw Biznesowych. Nowe wyzwania, nowe technologie i nowe możliwości 🙂 zobaczymy jak to się wszystko ułoży…

Opisując to wszystko chciałem tylko pokazać, że nigdy nie wiemy gdzie nas poniosą finalnie nasze wybory. Często uznajemy że nie pójdziemy do jakiejś pracy bo np. mało zarobimy, albo wychodzimy z założenia, że to obciach pracować w jakimś miejscu. Tak naprawdę każde miejsce, każda praca czegoś nas uczy i jak już wspomniałem wyżej… nie zamieniłbym tej ścieżki na żadną inną.

Strasznie moralizatorsko chyba wyszło, no ale cóż… dopiero uczę się blogować, tak więc jeśli uważacie że tekst jest zbyt… zbyt… po prostu do bani to dajcie proszę znać.

Tymczasem…

 

 

Jaskra… czyli nie można brać wszystkiego do siebie

Dzisiaj trochę bardziej na poważnie, ale w sumie tylko pod kątem tematu, więc mam nadzieję że nie będzie nudno.

_DSC7171

fot. by Piotr Latkowski

Moi znajomi mówią, że mam mega dystans do samego siebie i do faktu że jestem jednooczny. To prawda, ale nie zawsze tak było. Zacznijmy jednak od początku. Zaczęło się od tego, że urodziłem się z jaskrą. Czym jest jaskra? Choroba oczu polegająca na zaniku nerwu wzrokowego, co prowadzić może do całkowitej utraty wzroku. Zanik nerwu wzrokowego powodowany jest natomiast zbyt wysokim ciśnieniem wewnątrzgałkowym… Ale dość teorii bo zaraz mi tam zaśniecie. W moim przypadku nie było stopniowej utraty wzroku, ponieważ urodziłem się już z jaskrą, co więcej z jaskrą która sprawiła że lewy nerw wzrokowy nie był już sprawny. I teoretycznie wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że pomimo zniszczenia nerwu wzrokowego ciśnienie wewnątrzgałkowe sprawiało że oko po prostu rosło co sprawiało naprawdę spory ból… jak przyszło co do czego po dwóch operacjach podjęto decyzje o usunięciu lewej gałki ocznej… hmmm podjęto, mówiąc prawdę to podjął ją 11 latek imieniem Konrad, znaczy się ja. Głównym argumentem, aby to zrobić były słowa jednego z lekarzy, który wprost to zarekomendował ponieważ jak stwierdził „za jakiś czas ból zęba przy tym co będzie działo się z okiem, to będzie pestka”. No i stało się…

Zaczął się kolejny rozdział, pierwsza protezka… nie do końca dopasowana kolorystycznie co było dość widoczne, do tego opadająca powieka, która była na tyle naciągnięta przez prawdziwe oko, że przy normalnym rozmiarze po prostu opadała. Wtedy pojawiły się pierwsze złośliwe uwagi w szkole… najpopularniejsze było chyba przezwisko „gała”. Ale kolejne miesiące mijały, przyszedł czas na wymianę protezki i to własnie ten drugi wyjazd sprawił że przestałem się nad sobą użalać… dostrzegłem, że w moim przypadku nie ma tragedii… nigdy nie wiedziałem na lewe oko więc w sumie nie wiem jak to jest i w sumie nie brakuje mi tego. Co takiego się wydarzyło podczas tego wyjazdu? Wszystko odbyło się w Łodzi, gdzie na ten czas znajdowała się jedna z dwóch przychodni protez twarzy. W tej właśnie przychodzi byłem świadkiem jak dzieci dużo młodsze ode mnie cierpiały z powodu przymiarek kolejnych protezek oczu…. a uwierzcie mi przymiarka nie jest czymś przyjemnym…

Po powrocie, nabrałem mega dystansu do samego siebie, nauczyłem się śmiać sam z siebie oraz z sytuacji w których oczy grają główne skrzypce. Za każdym razem bawią mnie teksty „rzuć okiem” lub konwersacje typu:

– Widziałeś wczorajsze wydanie Faktów?

– Tak wiesz, oglądałem jednym okiem

Oczywiście w życiu było wiele sytuacji komicznych, jak kiedyś wychodziłem do szkoły zapominając o oku… i dziwne spojrzenie sąsiadki w windzie i nagle pytanie: „Konrad, czy Ty czasem czegoś nie zapomniałeś? „

Ogólnie teraz z tego wszystkiego się śmieję i życzę każdemu takiego dystansu do siebie. Nie ma co się użalać nad sobą, zwłaszcza, że czasami osoby jednooczne mają lepszy wzrok od osób prawidłowo widzących… a no i jest jeszcze jeden plus, jak np. celuje piłką do kosza lub jak na strzelnicy strzelam z wiatrówki to nie muszą przymykać lewego oka … żartuję!!! to jest odruch więc i tak przymykam 😀

Z ciekawostek… mogę puścić komuś oczko, okiem którego nie mam, ale już tym zdrowym jest lepiej 😀

Na koniec taka mała rada dla wszystkich, nie zapominajcie o tym, aby przynajmniej raz w roku zbadać oczy… takie dziadostwo jak jaskra rozwija się cichaczem…

Tymczasem…

#jaskra #dystans #oczy