New Year’s resolutions… czyli co tak naprawdę chcemy zmienić

Mamy początek nowego roku i chyba każdy z nas podjął jakieś wyzwanie na ten 2017 rok. Komu uda się wytrwać w tych postanowieniach i czy faktycznie potrzebujemy tych zmian?

resized_20170102_092558
fot. by K.M. (02.01.2017)

Ostatnio miałem okazję przeczytać bardzo ciekawy wpis, który dotyczył między innymi postanowień noworocznych. Introweska, bo o niej mowa napisała bardzo ważną rzecz, a mianowicie, że większość postanowień zmiany wynika z braku akceptacji samego siebie swojego stylu życia. Wszyscy chcemy po prostu coś zmienić, na już… Niestety zapominamy o najważniejszym, o tym, że to dopiero akceptacja nas samych prowadzi do rozpoczęcia wprowadzania świadomych zmian w swoim życiu.

Sam zaplanowałem kilka zmian, ale jak to mówią plany planami, a życie życiem. Nie ma co ukrywać, że powiedzieć sobie „Muszę zmienić to i to” jest naprawdę najprostszym elementem w całym tym procesie. Najtrudniejsze jest podjęcie świadomej decyzji o zmianie i to uwzględniając wszystkie konsekwencje jakie owa zmiana za sobą pociągnie. I tu pojawia się druga strona medalu… konsekwencje zmian. Pamiętajmy, że zmiany mogą mieć nie tylko pozytywny wpływ na nas i na nasze otoczenie, ale również mogą przynieść negatywne skutki. I tutaj bardzo często pojawiają się dwa sprzeczne odczucia. Pierwszym jest chęć dokonania jakiej zmiany, a drugim obawa przed zmianą i jej konsekwencjami.

Jak radzić sobie w takiej patowej sytuacji? Czy zaryzykować i rzucić się w wir zmian, czy może jeszcze raz przemyśleć temat i zweryfikować czy chcemy coś zmienić…

Jeśli chodzi o mnie, to myśląc o jakichkolwiek zmianach,zwłaszcza mających przewrócić moje życie do góry nogami, zawsze staram się temat dokładnie przemyśleć i przewidzieć wszystkie możliwe konsekwencje. Oczywiście, nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego… ale może to nas właśnie ciągnie ku zmianie. Jedno jest pewne każdą decyzję dotyczącą zmian należy podjąć świadomie i w zgodzie z samym sobą. To my jesteśmy panami swojego losu i tak jak oczekujemy pozytywnych efektów zmian, powinniśmy również akceptować te mniej przyjemne aspekty, które mogą się niespodziewanie pojawić.

Kończąc lekturę dzisiejszego wpisu pamiętajcie proszę, że niezależnie od tego czy macie jakieś postanowienia czy w ogóle nie macie zamiaru niczego zmieniać, to najważniejsze jest to żeby być szczęśliwym.

Tymczasem!

 

 

Let’s sum up year 2016… czyli co to tam się powyprawiało

Nadszedł czas podsumowań oraz pierwszych noworocznych postanowień dlatego i ja postanowiłem wrócić do pisania bloga.

Efekty pracy z Arturem Aleksiewiczem

Zacznę chyba od największej zmiany jaka miała miejsce w mijającym roku, a mianowicie od zmiany sylwetki. Nie jest to może najważniejsza zmiana, ale najbardziej widoczna. Nie ma co ukrywać, że ciężka praca, dieta… bez przesady, nie jakaś bardzo restrykcyjna 😉 oraz treningi pod okiem Artura Aleksiewicza przyniosły z mojego punktu widzenia bardzo fajne efekty. To oczywiście nie koniec i nie zamierzam spoczywać na laurach. Efekty, które widać na zdjęciu to tylko część korzyści jaką niesie za sobą systematyczna aktywność fizyczna. Pozostałe zalety to m.in. zdecydowanie lepsza kondycja oraz o niebo lepsze samopoczucie. Biorąc pod uwagę powyższe, z czystym sumienie mogę polecić każdemu współpracę a Arturem.

Dobrze! To teraz idziemy do kolejnej zmiany jaka zaszła w 2016 roku. Może teraz o tym co sprawiło największą radość moim rodzicom, czyli… tytuł magistra. Oczywiście sam tytuł nie zmienił w żaden sposób mojego życia, ale fajnie zamknąć  w końcu etap studiów rozpoczęty już jakiś czas temu. Czy zamknąć na zawsze? chyba nie 😉

Przejdźmy może teraz do życia rodzinnego… tutaj to się dopiero podziało. Jak już pewnie wiecie z poprzednich wpisów, zostałem wujkiem. Cóż mogę więcej pisać? Radzimir jest cudownym bobasem, którego uśmiech nastraja niewyobrażalnie pozytywną energią. Nie będę się może dużo tutaj rozpisywał, chcąc uszanować Radzika prywatność, ale musicie wiedzieć, że jest to mega dzielny, pogodny i przystojny 6 miesięczny młodzieniec.

Rok 2016 to również rok w którym rozpocząłem przygodę z pisaniem bloga oraz pojawiłem się między innymi na Instagramie. Muszę przyznać, że samo pisanie postów potrafi przynieść dużo radości. Oczywiście zawsze jest nutka wątpliwości, że może dana treść nie trafi do odbiorców, albo język jest mało odpowiedni, ale z drugiej strony jak dla mnie pisanie bloga jest też pewną formą pamiętnika. Nie publikuję postów, żeby się komuś podobały, publikuje je dla siebie. Jeżeli przy tym komuś dany wpis się spodoba to super. I tak wiem wiem, piszę o tym że blogowanie to przyjemność i w ogóle, a ostatni post pojawił się w sierpniu… W sumie nie mam na to żadnego usprawiedliwienia. Może brak czasu, brak pomysłu, jakaś twórcza niemoc – nie wiem. Jedno jest pewne, od nowego roku obliguje sam siebie do regularnego blogowania 🙂

Tym sposobem dochodzimy do postanowień noworocznych. Pierwsze już znacie – blogowanie. Jeśli chodzi o kolejne, to z pewnością musi się coś zmienić… tak, tak brzmi tajemniczo, ale obiecuje że więcej Wam powiem w pierwszym poście po Nowym Roku 🙂

Podsumowują… Życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna aby nadchodzący rok był bogaty w piękne chwile i przeżycia. Dużo zdrowia bo to najważniejsze oraz spełnienia Waszych postanowień i celów jakie sobie wyznaczyliście na najbliższe 12 miesięcy.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

Tymczasem!

 

Back to work… czyli wspomnienie urlopowego wypoczynku

Puk puk… jest tam kto? Wracam do Was po ponad dwutygodniowej przerwie, z porcją mam nadzieję ciekawych tematów. Na początek chciałem krótko podsumować swój urlop i w kilku słowach przedstawić zalety wakacji spędzonych nad naszym Bałtykiem 🙂

_DSC0048
fot. by P.L. Dziedziniec Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego (07.2016)

Zacznijmy od pierwszego odwiedzonego przeze mnie miejsca jakim był Gdańsk. Obecnie podróż pociągiem z Wrocławia do Trójmiasta zajmuje niecałe 6h i jeżeli ktoś mi kiedyś powie, że Polacy przestali korzystać z podróży koleją to po prostu parsknę śmiechem. W okresie wakacyjnym nasze PKP jest na tyle oblegane, że na dzień przed podróżą praktycznie nie ma szans na zakup biletu z gwarancją miejsca siedzącego… wiem coś o Tym, przerabiałem to 😉 Gdańsk jak zawsze stanął na wysokości zadania. Piękne kamienice, wakacyjny klimat deptaku nad Motławą oraz szerokie piaszczyste plaże nie zawiodły moich oczekiwań. Fakt faktem był to okres zakwitu sinic w okolicach Trójmiasta, ale dwie plaże pozostały przez większość czasu nietknięte przez te stworzenia, a mianowicie Stogi i Wyspa Sobieszewska.

Sam Gdańsk podczas tych wakacyjnych dni tętnił życiem, poza całą rzeszą turystów, cały tydzień trwały przygotowania do Jarmarku Dominikańskiego. Do późnych godzin nocnych na ulicach starego miasta, bulwarze nad Motławą oraz w licznych pubach i restauracjach można spotkać wiele ciekawych osób i trafić na ciekawe wydarzenia.

Jeśli chodzi o bardzo klimatyczny PUB, mogę z czystym sumieniem polecić Mazel Tov na ulicy Ogarnej (równoległej do ul. Długiej). Zachęcam do śledzenia tego miejsca na Facebooku ponieważ często organizowane są tam występy na żywo, a w barze można spróbować wielu ciekawych nalewek, wśród których każdy wybierze coś dla siebie. Na miejscu skosztujecie m.in takich trunków jak nalewka ze śliwek, pędów sosny lub tajemniczo brzmiącej napletkówki 😉

Jeśli już mówimy o wakacyjnym urlopie to oczywiście nie mogę odmówić sobie opisania Trójmiejskich plaż. Jak wspomniałem już wcześniej, zakaz kąpieli nie dotarł do plaży na Wyspie Sobieszewskiej oraz do plaży Stogi.  Obie plaże są piaszczyste i naprawdę szerokie. Dla amatorów plażowania w stroju Adama i Ewy, polecam plażę Stogi, to właśnie tam od zejścia nr 23/24 zaczyna się plaża nudystów.

Teraz największe zaskoczenie mojego urlopu… Hel i plaża od strony otwartego morza… Po prostu się zakochałem!!! Piękna, szeroka plaża, czysta woda i rewelacyjny nadmorski klimat. W związku z tym, że już podczas pierwszych dni trochę się spiekłem, momentami konieczne było schowanie się pod ręcznikiem 😉

Podróż z Gdańska na Hel, pociągiem trwa około 2h… tutaj wielki ubaw sprawiła mi już sama nazwa pociągu zmierzającego na Hel… „Słoneczny Patrol”.  Na Hel można również dotrzeć promem, zarówno z Gdańska, z Gdyni jak i z Sopotu. Podsumowują, naprawdę polecam ten zakątek naszego Pomorza.

_DSC0167
fot. by P.L. Rejs promem AGAT relacji Hel – Gdynia

Ech i tak właśnie minęło 6 pierwszych dni mojego urlopu… słoneczne i tonące w słońcu Pomorze, aż żal było opuszczać.

Kolejne dni urlopu upłynęły pod znakiem odwiedzin znajomych w Warszawie i dłuuugiego spaceru wzdłuż Wisły, a także odwiedzin dawno nieodwiedzanych miejsc we Wrocławiu. Bulwary nad Odrą, Wrocławski Rynek, Wrocławskie Parki… ech fajnie jest się poczuć jak turysta we własnym mieście 🙂

Podczas właśnie tego urlopu udało mi się dokonać jednej bardzo ważnej rzeczy, jaką jest całkowicie odcięcie się od tematów służbowych. Tak, tak… wiem dla niektórych jest to normalne, jednak mi się to nigdy wcześniej, podczas urlopu nie udawało.

Wszystko co dobre, szybko się kończy, tak więc te 14 dni zleciały nie wiadomo kiedy. Jednak powrót do pracy wierzcie lub nie, wcale nie okazał się taki ciężki 😉 ale to już chyba zasługa współpracowników 🙂

Chyba czas już zacząć planować kolejne dni urlopowe, zarówno te pojedyncze jak również te przyszłoroczne. Jeśli nie macie pomysłu, polecam Wam rewelacyjny blog  Mateusza Birówki. Mateusz jest pilotem wycieczek, a jego teksty i piękne zdjęcia na blogu, z pewnością natchną kilka osób do odbycia niezapomnianych podróży 🙂

Tymczasem!

 

 

Holidays are coming… czyli długo wyczekiwany urlop

Już za parę dni… za dni parę… a konkretnie już jutro o godzinie 16:00 zaczynam urlop!!! Dzisiaj podzielę się z Wami trochę swoimi planami, bo troszkę zostały one zweryfikowane przez rzeczywistość, a ponadto opowiem Wam o ostatnim wypadzie nad kolorowe jeziorka.

_DSC9898a
fot. by P.L. Kolorowe jeziorka w Rudawach Janowickich (07.2016)

Zacznijmy może od minionego weekendu. Od dłuższego czasu chciałem odwiedzić Rudawy Janowickie, które słyną z kolorowych jeziorek. Continue reading „Holidays are coming… czyli długo wyczekiwany urlop”

Hard work… czyli wakacje wakacjami, ale trenować trzeba

Dzisiaj bardzo krótkie podsumowanie mojej prawie 7 miesięcznej współpracy z Arturem, czyli Pro-trening Artur Aleksiewicz – Trener Personalny.

13695941_10210076237686180_829523088_n
fot.by Artur – Trening z Arturem… i kółka… Pro-trening Artur Aleksiewicz

W związku z rozpoczęciem sezonu urlopowego, na mniej więcej miesiąc, staję przed mega wyzwaniem jakim będą samodzielne treningi. Mam nadzieję, że dzięki instrukcjom Artura w kontekście ćwiczeń oraz dzięki diecie, nie zmarnuje ostatnich miesięcy ciężkiej pracy… trzymajcie kciuki. Podczas ostatniego treningu Artur postanowił mnie dobić ćwiczeniami na kółkach gimnastycznych i uwierzcie mi… takie coś daje w kość 😉

Czas na krótkie podsumowanie: Continue reading „Hard work… czyli wakacje wakacjami, ale trenować trzeba”

Master degree… czyli życie po obronie

Dzień dobry, cześć i czołem!! W związku z tym, że nie było mnie tutaj przez ostatnie 15 dni, postanowiłem nadrobić zaległości i wrócić do regularnego pisania. Dzisiaj w kilku słowach postaram się Wam opisać jak wygląda życie studenta chwilę przed obroną pracy magisterskiej oraz po samej obronie… zapraszam!

947f9eb3-cae5-4f40-b696-30a40f2af683
fot.by P.L. Wrocław, Hala Stulecia (07.2016)

Na wstępie, chciałem zauważyć, że nigdy w życiu się tak nie stresowałem jak pół godziny przed obroną. Continue reading „Master degree… czyli życie po obronie”

Self-discipline… czyli kolejne treningi i przepyszna wołowina

Dzisiaj, na podsumowanie weekendu krótki update w kontekście treningów oraz diety. Jak już pisałem w poprzednich postach, od jakiegoś czasu postanowiłem jadać przynajmniej raz w tygodniu wołowinę. Ponieważ pierwsza po 1,5 roku przygoda z wołowiną w postaci antrykotu była taka sobie… w sensie, wołowina nie zrobiła na mnie zbyt pozytywnego wrażenie. Tym razem postanowiłem zjeść z jednej strony w innym miejscu, a z drugiej strony spróbować też polędwicy wołowej. Tak też trafiłem do restauracji Alyki, znajdującej się we wrocławskim Sky Tower.

Średnio wysmażona polędwica była po prostu obłędna!!! do tego pyszne grillowane warzywa i pieczone ziemniaczki z ziołami. No i to masełko… ech. Będąc w Alyki nie mogłem odmówić sobie również ichniejszej lemoniady. Tym razem padło na rabarbarową, która dorównała smakiem limonkowo-bazyliowej. Dodajmy do tego wszystkiego bardzo miłą obsługę i mogę Wam to miejsce z ręką na sercu polecić 🙂 Continue reading „Self-discipline… czyli kolejne treningi i przepyszna wołowina”